Występ rozpoczęła wyświetlana na okrągłym ekranie animacja, przedstawiająca kangura, chcącego odpalić naprawdę dobrą muzę (bo niby po co przyszli prawdziwi fani Pink Floyd, prawda? ;). Okazuje się, że chce ową muzę odpalić z gramofonu, zaś pierwszą winylową płytą jaką wyjmuje, okazuje się być "The Dark Side Of The Moon" (okładkę owej przedstawiono w australijskim akcencie - pryzmat przedstawiony jest bowiem jako mapa Australii). Euforia ogarnia całą Halę, zaś potem przepływają dźwięki pulsu serca, rozpoczynające "Speak To Me", po czym gładko i tradycyjnie - ...i trochę hałaśliwie - przechodzi w "Breathe (In The Air)", następnie leci reszta: od "On The Run" aż do "The Great Gig In The Sky" (na filmiku wyświetlanym na ekranie, dosłownie obok fal, pojawiają się urywki filmów archiwalnych z udziałem Rick'a Wright'a... idealne dopasowanie, zwłaszcza na okoliczności*) z wokalizą w wykonaniu Polki (!), Oli Bieńkowskiej (trochę brzmiało dosyć... dziewczęco ;) ,ale poradziła sobie ;D) (w oryginale śpiewała Clare Torry)... i na tym koniec "The Dark Side..." (puszczono niemal pierwszą połowę tego albumu). Należy pamiętać, że trasa jaką grają Australijczycy, dotyczy wielkich przebojów Pink Floyd, a świat nie opiera się tylko na "The Dark Side..."...
Znowu na ekranie pojawia się kangur, tym razem zmieniając płytę na "Wish You Were Here" (kolejny akcent na okładce: płonący facet uściska dłoń kangurowi). Jak zwykle nie brakowało okrzyków radości i braw, popłynęły jednak (jak na razie - to samo dotyczy też zresztą "Ciemnej Strony...") tylko dwa utwory: "Shine On You Crazy Diamond (Part One)" (nie było drugiej niestety :P ) (pod koniec filmiku pojawia się powiększające się zdjęcie Syd'a Barrett'a, poprzedniego muzyka Floydów) oraz "Welcome To The Machine" (w tym momencie chciałem nakręcić filmik, ale jako że mój aparat w komórce mógł nagrać co najwyżej minutę - a jak jest sporo miejsca, może nakręcić nawet pełnometrażówki ;) - ostatecznie zrezygnowałem...). Tyle póki co z "Wish You Were Here" (utwór tytułowy pozostał rzecz jasna na finał ;)... Kangur znowu rośmiesza publikę, wyjmując z półki kolejną płytę, "Animals" (tutaj okładka wyglądała normalnie, ale jeśli przyjrzeć się niektórym obrazkom promocyjnym TAPFS, w wersji przerobionej zamiast świni unosi się (nad kominami ofkoz)... kangur). Tak samo jak przy "Wish You...", również popłynęły tylko dwa kawałki. Najpierw "Pigs (Three Different Ones)", podczas którego miała zapewne pojawić się nadmuchiwana świnia (bo zwykle muzycy, podczas grania tej kompozycji, wykorzystywali ją na scenie)... no i się pojawiła... ale inna, na ekranie głównie. Potem poleciało "Sheep", i tym sposobem zakończyła się pierwsza część koncertu...
Część druga jeszcze dzisiaj, czekajcie cierpliwie ;)...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz